Ta sesja miała w sobie coś więcej niż tylko piękne światło. Odbyła się w rodzinnych stronach mojej babci, w krajobrazie, który znam od zawsze i który nosi w sobie pamięć kilku pokoleń. To jedno z tych miejsc, gdzie ziemia nie jest tylko tłem, ale uczestnikiem historii.
Zaczęliśmy przy słonecznikach posadzonych przez mojego tatę. Wysokie, zwrócone w stronę słońca, wyglądały jak naturalna scenografia stworzona dokładnie na ten wieczór. Kasia i Patryk weszli w ten kadr bardzo naturalnie, bez pozowania, bez napięcia. Światło było idealne. Taki zachód słońca, który nie krzyczy, tylko powoli otula wszystko dookoła 🌻
Potem była kukurydza. Gęsta, wysoka, dająca poczucie intymności. Kilka kadrów powstało niemal szeptem, między liśćmi, w półcieniu, gdzie spojrzenia mówią więcej niż gesty. Następnie łąka kwietna. Miękka, kolorowa, pachnąca latem. Właśnie tam wydarzył się jeden z tych momentów, których nie da się zaplanować. Na Kasi usiadła modliszka. Zamiast paniki był śmiech, ciekawość i chwila, która została nie tylko na zdjęciach, ale i w pamięci 🦗
Na koniec, gdy słońce było już nisko, Kasia zrobiła coś absolutnie właściwego. Zmieniła buty na wygodne klapki. Bo ta sesja od początku była o swobodzie. O byciu tu i teraz. O chodzeniu po łące bez zastanawiania się, czy wypada.
To historia o świetle, o ziemi, która zna moje korzenie, i o dwojgu ludzi, którzy idealnie wpisali się w ten krajobraz. Bez pośpiechu. Bez scenariusza. Z zachodem słońca, który zrobił dokładnie tyle, ile trzeba 🌾✨
POZNAJ WIĘCEJ HISTORII...